Back to top

Aktualności

Jesteś tutaj

Aktualności

Wojciech Kościelniak: Ten spektakl ma nas pojednać

 

Próba do spektaklu „Śpiewak jazzbandu” / fot. Maurycy StankiewiczPróba do spektaklu „Śpiewak jazzbandu” / fot. Maurycy Stankiewicz

Czy każda premiera to równie wielkie emocje, czy może da się jednak do nich przyzwyczaić?

- Chyba właśnie dlatego zajmuję się teatrem, że do tych emocji nie można się przyzwyczaić. To za każdym razem są nowi ludzie. Nawet jeśli są to te same nazwiska, z którymi się pracowało, po jakimś czasie są to już nowi ludzie. Ja jestem inny. Temat jest inny. Myślę, że prawdą jest powiedzenie, że jesteśmy tyle warci, ile nasza ostatnia produkcja. To dotyczy aktorów, reżyserów, ale i rzeźbiarzy czy muzyków. To bardzo brutalne, ale jednak prawdziwe. I chcąc przeżyć swoje życie sensownie staramy się, jak tylko możemy. Z drugiej strony skłamałbym mówiąc, że po latach umiem bardziej zapanować nad tymi emocjami. Jednak nie zamieniają się już one w histerię, nie pozwalam im zupełnie nade mną zapanować. Teraz jestem w stanie je skanalizować i zamienić na pracę. Jeśli się pomylę, nie uważam już, że ten błąd musi zaważyć na całym moim życiu. 

Czyli nie można pana nazwać perfekcjonistą? 

- Uznaję porażki i nie mam poczucia, że któraś z moich prac jest perfekcyjna. Nigdy nie była i nie będzie. Ja po prostu lubię dobrze wykonać swoją robotę. Wydaje mi się, że jeśli ufają mi aktorzy, a widzowie zaufają na tyle, że kupią bilet, to czuję się odpowiedzialny, żeby dać z siebie możliwie jak najwięcej. 

Sam pan jest aktorem. Czy z tego względu, reżyserując, jest pan bardziej tolerancyjny dla swojej ekipy? Czy raczej więcej od niej wymaga? 

- Wydaje mi się, że jestem bardziej wymagający, kiedy widzę, że komuś się po prostu nie chce. Tak czasem bywa, że aktor ma słabszy dzień i chciałby przeczekać próbę. Wtedy dobrze jest wejść z nim w spór. Oczywiście nie zawsze, każdy przypadek jest jednostkowy. Ale jeśli jest tak, że poddaję się, kiedy mam gorszy dzień, to podobnie będzie również na spektaklach. Bywam też bardziej tolerancyjny, bo wiem, że na aktorów nie trzeba krzyczeć czy mieszać ich z błotem. Posłuch można zdobyć po cichu. Sam tego nie lubiłem. Staram się więc traktować swoją ekipę tak, jak ja chciałbym być traktowany. I tak, jak byłem traktowany przez świetnych reżyserów. 

Jak przyciągnąć do teatru widzów w czasach, gdy wielu z nas narzeka na ceny biletów i atrakcyjniejszy wydaje nam się wieczór spędzony w domu, np. z Netflixem? 

- Trzeba zaproponować coś, co będzie w stanie wyciągnąć widza z domu, a mam wrażenie, że to zawsze są emocje. Jeśli są szczere, to widz się pojawi. Takich poruszeń jak w teatrze nie da nam żaden serial. To żywy kontakt. Widz ma szansę poczuć prawdę tego, co "tu i teraz" dzieje się na scenie. 

Co jest wyjątkowego w „Śpiewaku jazzbandu”? Spektaklu, który swoją premierę będzie miał już w czerwcu w Teatrze Żydowskim.

- „Śpiewak jazzbandu” łączy kilka ważnych dla musicalu zjawisk. Sam temat pozwala na stworzenie teatru muzycznego chociażby dlatego, że dzieje się w środowisku nowojorskich Żydów, zamieszkujących East Side. A wiadomo, że gmina żydowska to bardzo określony typ muzyki, który już daje powód do śpiewania. Akcja opowiada o tym, że syn kantora postanowił zostać jazzmanem. To daje pole do innego śpiewania, do innego funkcjonowania na scenie. W teatrze obserwować będziemy więc walkę dwóch estetyk - tradycyjnej muzyki żydowskiej z nowoczesnym -jak na tamte czasy - jazzem. Za tym idzie też walka światopoglądów. Ten spektakl ma nas pojednać. Pokazać, że możemy żyć obok siebie i z siebie nie rezygnować. 

A ile w tej sztuce zobaczymy z nakręconego w 1927 roku filmu o tym samym tytule?

- Film powstał na podstawie sztuki Samsona Raphaelsona, która odniosła ogromny sukces na Brodwayu. W ogóle nie była muzyczna. Nasza sztuka jest więc pod wieloma względami zupełnie inna. Przede wszystkim na motywach tekstu Raphaelsona stworzyliśmy zupełnie nowe piosenki, nowe dialogi. Wystawiamy musical, więc musi być żywiołowy i dobrze komunikować się z widzem. Dać ludziom rozrywkę, ale też o czymś opowiadać. Liczę, że ludzie polubią naszą sztukę, bo my tutaj naprawdę świetnie się bawimy.

W teatrze więcej powinno być rozrywki czy jednak tego elementu edukacyjnego?

- Znam wielu reżyserów teatralnych, którzy uważają, że cyrk nie jest sztuką. Ja się z tym nie zgadzam. Uważam, że to inny rodzaj sztuki. Znowu sztuka dramatyczna, współczesna daje niesamowitą wolność, pole do penetrowania nieznanego. Musical jest formą, która po części korzysta z tego, co jest rozrywką, ale jeśli jest o niczym, to nudzi. Musi więc zadawać pytania: „w jakiej sprawie się bawiliśmy, po co, do czego to służy, do czego zmierza?” Moim zdaniem współczesny widz potrzebuje jednego i drugiego. 

Wojciech Kościelniak: Ten spektakl ma nas pojednać
Sylwia Arlak, naszemiasto.pl nr 38