Back to top

Aktualności

Jesteś tutaj

Aktualności

Wywiad Wiesława Łuka z Remigiuszem Grzelą

Wiesław Łuka w rozmowie z Remigiuszem Grzelą, poetą, powieściopisarzem, dramaturgiem, reportażystą, reżyserem o teatrze, który się tuła po Warszawie i o świecie, który potrzebuje dobrej energii.

To dla mnie zaszczyt i wyzwanie – tak przyjąłeś nominację na kierownika literackiego, warszawskiego Teatru Żydowskiego. Dlaczego zaszczyt? Dlaczego wyzwanie?

Zaszczyt, bo Teatr Żydowski im. Estery Rachel i Idy Kamińskich ma długą i barwną przeszłość, a pod dyrekcją Gołdy Tencer stał się jednym z najważniejszych w Warszawie. Zdobywa nagrody i fantastyczne recenzje. Tu reżyserowały m.in. Izabella Cywińska, Maja Kleczewska, Anna Smolar, Karolina Kirsz– wspaniałe reżyserki różnych pokoleń. To teatr zajmujący się przeszłością, tożsamością tego miasta, reagujący na rzeczywistość. Po prostu ważny teatr. Gołda Tencer jest wizjonerką, ma mnóstwo ciekawych pomysłów, nie tylko na repertuar. Jest „matką Courage” tego teatru. Kiedy zburzono siedzibę przy placu Grzybowskim, zdecydowała zagrać fragmenty „Skrzypka na dachu” w plenerze, na placu. Bo teatr to ludzie, to spektakle, to spotkanie z widzami.

Aktualnie Teatr przeżywa wyjątkowe kłopoty.

Dysponuje w tej chwili jedynie małą sceną z widownią na 50 osób, tą przy Senatorskiej, a niektóre spektakle pokazuje także w Klubie Dowództwa Garnizonu Warszawa. Inne miejsca musi wynajmować, mimo niełatwej sytuacji, jaka jest wokół, Gołda codziennie walczy o żydowski teatr Warszawy. Naprawdę ją podziwiam. Dlaczego ta praca jest dla mnie wyzwaniem? Choć tematyką żydowską zajmuję się od kilkunastu lat, wchodzę w prawie nowy dla siebie obszar, prawie, bo z Teatrem Żydowskim współpracuję od pięciu lat. To ciekawe, by mieć w świadomości historię i tradycję tego teatru, jego ważne postaci – Ester Rachel Kamińską, Idę Kamińską, Szymona Szurmieja, ale też pamiętać, aby był to teatr współczesny, zanurzony w rzeczywistości. Wyzwaniem jest też praca literacka, czy repertuarowa w sytuacji, w której teatr tuła się po Warszawie, i wielu swoich ważnych spektakli nie może eksploatować, bo po prostu nie ma ich gdzie zagrać. A jednak z nadzieją patrzę w przyszłość. Choć smutny jest aktualny los tej sceny.

Przed dziesięcioma laty objąłeś kierownictwo literackie teatru na warszawskiej Woli, sceny im. Tadeusza Łomnickiego. Co z tamtych doświadczeń przyda się w Teatrze Żydowskim? A co nowego już wymyślasz?

To dwa różne doświadczenia, choć zakres obowiązków podobny. Teatr Na Woli pod dyrekcją Macieja Kowalewskiego, w czasie, kiedy tam pracowałem, był teatrem głównie polskiej dramaturgii współczesnej, prapremier. To znaczy, że zapraszaliśmy do współpracy autorów, którzy pisali dla nas sztuki, a my wystawialiśmy prapremiery. Znaczy to, że dużo rozmawiałem z autorami, szukaliśmy wspólnie tematów, później rozmawialiśmy o tekstach, które powstawały, sprawdzaliśmy je na otwartych próbach czytanych. Ponieważ były to nowe sztuki, przygotowywałem je również do druku. Zamieszczaliśmy je w programach. Rozsyłałem je do innych teatrów…

To coś nowego…

Tak, był to też teatr, który nieustannie ryzykował. Nie wiem, czy dzisiaj tematy, jakie poruszaliśmy i forma byłyby w ogóle akceptowane. Naszą ambicją było podejmowanie tematów zamiatanych pod dywan. Teatr miał świetną publiczność…

Pamiętam, każdej wczesnej jesieni bywam wśród tej publiczności …

Ona nas naprawdę wspierała i lubiła nasz repertuar, choć bywało, miał też bezlitosną krytykę. Z wielu spektakli z tamtego czasu jestem bardzo dumny. I to wówczas u nas, Na Woli, debiutował w Warszawie jako reżyser rosyjski Iwan Wyrypajew. Zrealizował u nas spektakl, który dziś już jest legendą „Lipiec” – było to coś jak monodram – koncert Karoliny Gruszki, prywatnie żony Iwana. To było wydarzenie. Sam widziałem „Lipiec” kilkanaście razy.

Teraz Iwan Wyrypajew często w Warszawie reżyseruje.

To wspaniały artysta.

Wróćmy do Teatru Żydowskiego.

On ma inną specyfikę, co jest dla mnie ciekawe. Czytam sztuki, jakie dostaję od agentów, autorów, tłumaczy i reżyserów, opiniuję je, przygotowuję materiały literackie, wspólnie z Gołdą Tencer rozmawiam z reżyserami, którzy współpracują bądź chcą współpracować z teatrem, zaprosiliśmy Akademię Teatralną do wspólnego projektu. Od nowego sezonu studenci reżyserii będą u nas przygotowywać czytania performatywne, które już u nas są, ale chcemy dać przestrzeń młodym reżyserom, przyglądać się im, zachęcać do sięgania po literaturę o tematyce żydowskiej, po dramaturgię izraelską. Zaczęliśmy też zapraszać do współpracy teatry spoza Warszawy. Jesteśmy po obiecującym spotkaniu z dyrekcją Teatru im. Adama Mickiewicza w Częstochowie. Jest świetny pomysł pokazania tryptyku Mai Kleczewskiej w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim. No, jak widzisz, dzieje się.

Czy czułeś, że pani Gołda Tencer przez kilka lat przyglądała się tobie, gdy podczas kolejnych festiwali Warszawa Singera wykazałeś się dużą aktywnością w segmencie literackim tej corocznej imprezy?

Myślę, że się przyglądała, skoro złożyła mi propozycję tej pracy. Wiedziała, że byłem kierownikiem literackim Teatru Na Woli, że teatr w ogóle jest dla mnie elementarnym miejscem, że angażuję się w różne projekty z pasją. Cenię sobie współpracę z Fundacją Shalom właśnie przy Festiwalu Warszawa Singera, który jest marką samą w sobie. Ma wspaniałą, olbrzymią widownię, przyjeżdżają na niego artyści i widzowie z całego świata. Mam na nim swój mały segment – program wokół książek.

Nie taki mały i nie tylko jego bohaterami są książki. Oceniam, że te dyskusje o książkach z udziałem ich autorów, te opowieści o ich osobistych i twórczych przeżyciach, bardzo często sięgających lat Zagłady, to jeden z najciekawszych punktów programu Festiwalu.

Towarzyszysz nam od lat, więc wiesz, jak wypełnione są sale na tych spotkaniach. Publiczność ma problem z wejściem. Pokaż mi inną imprezę, na której spotkanie z książką i jej autorem przyciąga aż tak wielu czytelników. Z drugiej strony, kiedy myślę o spotkaniach, jakie organizowaliśmy, czuję dumę i wzruszenie. Bo mieć możliwość rozmowy ze wspaniałą Zofią Posmysz, autorką „Pasażerki” i wysłuchać fragmentów jej książki w interpretacji Jadwigi Jankowskiej-Cieślak, wielkiej aktorki i laureatki Złotej Palmy w Cannes, to naprawdę coś!

W swojej książce Bagaże Franza Kafki – czyli podróż, której nigdy nie było (2004) przypominasz czasy pierwszego, niby teatru żydowskiego w Warszawie. Co cię natchnęło przed laty, by sięgnąć do początków XX wieku i opisać losy polsko-żydowskich artystów? Ile w tej opowieści jest fikcji literackiej, a ile literatury faktu?

Tu może cię zaskoczę – tam jest tylko fakt! Historia tej książki jest dość dziwna. Czytałem kiedyś rozmowy z IcchokiemBaszewisem Singerem i w jednej z nich opowiedział o człowieku, którego poznał przed wojną w Warszawie. Był nim Jicchak Levi, który mówił o sobie, że jest przyjacielem Franza Kafki. Singer nie cenił Kafki.Leviego uważał za ciekawego opowiadacza, ale trochę mitomana. A mnie ten Levi zainteresował. Kim był? Jaki był? Czy naprawdę ten artysta mieszkający przy ul. Leszno (dzisiaj Aleje Solidarności) przyjaźnił się z Kafką? Tak zacząłem wciągać się w tę historię, poszukiwać książek, dokumentów, świadectw. Kilka lat rekonstruowałem biografię Leviego i losy ludzi, którzy byli z nim blisko, m.in. niejakiej Madame Czyżyk, aktorki urodzonej w Częstochowie, której Kafka poświęcił wiele stron swoich dzienników, i w której się chyba podkochiwał.

Ta galeria postaci żydowskich trup teatralnych przedwojennej Polski rosła…

I dlatego w mojej książce jest ich całkiem sporo. Zainteresowała mnie ostatnia miłość Kafki, urodzona w Pabianicach Dora Diamant. Dotarłem do rodziny Kafki i rodziny Dory. Do dzisiaj mam sympatyczny kontakt z rodziną jej bratanka mieszkającą w Izraelu. Tego bratanka poznałem i nawet pomógł mi kiedyś przy książce „Wybór Ireny”, którą mu zresztą dedykowałem. Niestety już nie żyje. 

Zaprzyjaźniłeś się też z rodziną Singera.

Ta książka, choć dawno napisana, a wydana piętnaście lat temu stale się dopowiada. Chciałbym kiedyś do niej wrócić i opisać to wszystko, co działo się później. Jej akcja kończy się w 1984 roku, czyli 60 lat po śmierci Franza Kafki, wraz ze śmiercią Franciszki, córki Dory. A przecież później była historia zaginionych rękopisów, archiwum Maxa Broda, które trafiło w ręce córki jego sekretarki. Nawet kiedyś późnym wieczorem zakradłem się pod jej dom w Tel Awiwie, tak tylko żeby zbliżyć się do miejsca, gdzie te papiery wówczas były. Niedawno w Częstochowie pokazano mi z kolei grób dziadka Madame Czyżyk, zadbano o niego, kiedy opisałem jej historię… To się ciągle pisze. Beze mnie.

Żadna z dziedzin literatury nie jest ci obca. Realizujesz się z niebywałymi sukcesami jako jej autor, krytyk i popularyzator.Jeśli odnosisz sukcesy, to oznacza, że kochasz swoje role? Ale które najbardziej?

Zawsze najbliższe jest mi to, co akurat robię. Ponieważ dużo spraw i tematów mnie interesuje, chętnie podejmuję wyzwania. Teraz na przykład oddaję do druku wybór reportaży Teresy Torańskiej sprzed jej książki „Oni”. Pracując nad książką „Podwójne życie reporterki. Fallaci. Torańska” przeczytałem wiele reportaży Teresy z lat 70. i początku lat 80. Od razu miałem pomysł, aby zrobić wybór, skomponować z nich książkę. Wielokrotnie wracałem do Leszka Sankowskiego, męża Teresy, z tym pomysłem, choć Leszek nie był na początku entuzjastą. Myślę, że bał się, czy te reportaże młodej dziennikarki się obronią dzisiaj, czy widać w nich zapowiedź tej wielkiej reportażystki, jaką się stała później. Ale przekonałem go, że się bronią, że mogą być czytane dzisiaj przez pryzmat naszej rzeczywistości i że Teresa już wówczas była bardzo ciekawą autorką. Książkę zamyka jej reportaż „Msza” z 1983 roku, z mszy papieskiej. I to, co Teresa pisze w niej o Polsce, to wypisz-wymaluj to, co mamy dzisiaj.

A jakieś nowe pomysły?

Zacząłem dokumentację do nowej książki, o której jeszcze nie mogę mówić. Tymczasem, skończyłem pisać musical o Irenie Jarockiej, na zamówienie jej fundacji. A późną wiosną powinna się ukazać moja książka dla dzieci o wielkiej skrzypaczce Wandzie Wiłkomirskiej, pisana dla Polskiego Wydawnictwa Muzycznego; pięknie zilustrowała ją Julia Cybis. No i jak tu którąś z tych prac kochać mniej?

Czy jedna forma twojej wypowiedzi pomaga drugiej –na przykład proza poezji? A jeszcze literatura faktu nie ustępuje u ciebie tym dwóm. Chciałbym usłyszeć o kłopotach godzenia tych form. Czy one się nawzajem lubią we współżyciu, czy czasami kłócą? Czy w twoich autorskich realizacjach ci czasami przeszkadzają, czy wyłącznie wspomagają?

Na pewno to, że poruszam się na tylu różnych polach, pomaga, bo poszerza mój warsztat. Lubię niełatwe zadania. Na przykład sztukę o Orianie Fallaci „Chwila, w której umarłam”, za którą dostaliśmy z Ewą Błaszczyk Literacką nagrodę im. Leopolda Staffa, i którą teraz zrealizował Teatr Telewizji, pisałem właściwie ze zdań Oriany Fallaci, z różnych jej tekstów. Komponowałem z nich swoją własną opowieść, monolog, którego nigdy nie napisała. To było trudne, karkołomne zdanie. I dla mnie, i dla Ewy, która tę sztukę reżyserowała i ją gra. Ale dało nam to też dużo satysfakcji. Mamy za sobą pewnie około 60. spektakli, a w kwietniu lecimy do Australii, gdzie Ewa z „Orianą” została zaproszona. Lubię tę zmienność form, bo wymaga to ode mnie większej dyscypliny, uważności, precyzji. Ale na pewno jest też tak, że tematy same narzucają formę, że temat ma swoją narrację, głos, dykcję. Poszukiwanie tego głosu jest ciekawe.

Twoim ulubionym gatunkiem jest wywiad? Czym on zasługuje na takie wyróżnienie?

To najintymniejsze, co może być w naszym zawodzie – spotkanie i prawdziwa rozmowa. Spotykasz się z kimś kogo zazwyczaj nie znasz i możesz zapytać o bardzo wiele, prawie o wszystko. To wielki przywilej dowiadywania się o ludziach, a przez nich też o świecie. Niełatwa jest sztuka pisania rozmowy. Trzeba pamiętać nie tylko o klarowności przekazu, dramaturgii, rytmie, języku rozmówcy, bo przecież każdy mówi inaczej i warto to w tekście zaznaczyć. A jeżeli udaje się wspólnie gdzieś pójść, daleko pójść, kiedy rozmówca decyduje się na szczerość, mówi coś, czego nie mówił, to wtedy jest pełnia wywiadu. Tak myślę. W wywiadzie obie strony powinny się dowiedzieć czegoś o sobie. To piękna forma.

W debiutanckim tomie wywiadów Rozum spokorniał (miałeś wówczas 23 lata!) cytujesz za Egonem Naganowskim Tomasza Manna: „ Pisarz to człowiek, któremu pisanie sprawia większe trudności niż innym ludziom”. Czy czujesz to na własnej skórze? Jesteś autorem ponad dwudziestu książek, które napisałeś w ciągu niespełna dwudziestu lat; czy znasz autorów wśród swoich rówieśników, którzy zbliżają się do twego rekordu?

Po prostu dużo pracowałem i nie traktuję tego w kategorii rekordu. Naprawdę, Wiesławie, nie zmarnowałem tych dwudziestu lat, a debiutowałem w 1998 roku. Były książki, ale i sztuki teatralne, scenariusze, no i setki wywiadów. Wymieniam tylko te pisane formy. To ciężka, często bardzo niewdzięczna praca, kiedy jest się sam na sam z kartką czy komputerem, kiedy trzeba podejmować różne decyzje, walczyć z wątpliwościami, z niemożnością. Trzeba umieć narzucić sobie obowiązek, rytm. Trzeba mieć odpowiedzialność za to, co się pisze, żeby to było dla kogoś i po coś. I dla mnie też, żeby było. Często ktoś powołuje się na jakąś moją rozmowę, czy tekst, czy książkę, no więc ta praca się komuś przydała, była po coś.

Pytam o rekord.

Żartem odpowiem, że dawno pobił mnie mój imiennik, poczytny autor kryminałów, a młodszy ode mnie o dziesięć lat. Mimo to nie czuję oddechu konkurencji na karku (śmiech).

Czy mógłbyś przybliżyć czytelnikom prawdę aforyzmu: „człowiek, tworząc siebie, nadaje siebie światu”?

No, jesteśmy odpowiedzialni za siebie, i jak mówił autor „Małego księcia” za to, co oswoiliśmy. Światu potrzeba dużo dobrej energii.

Rozmowa ukazała się na portalu www.aict.art.pl